sobota, 18 listopada 2017

Empatia, czułość i piękna fraza – o prozie Zośki Papużanki

Od dłuższego czasu już zbierałam się, by napisać o twórczości Zośki Papużanki. Od kiedy bowiem przeczytałam niemal jedno po drugim Onego i Świat dla ciebie zrobiłem (a było to dobrych kilka miesięcy temu; liście, które dziś się na chodnikach ścielą, dopiero wtedy na drzewach pączkowały), zdążyłam się już kilka razy o te książki posprzeczać. Pora na oficjalne blogowe wyznanie czytelniczej miłości!

Zacznę od Onego – pierwszego zarówno chronologicznie, jak i pod względem miejsca w moim sercu. Narratorką powieści jest kobieta, która równie dobrze mogłaby być samą autorką – w swojej opowieści wraca do lat 80., do własnych czasów szkolnych. Dyskretnie kreśli tło społeczne i obyczajowe: smutny, szary świat, w którym wszyscy są tacy sami, wszyscy chodzą do szkoły w butach relaks, a zagranicę znają tylko z piosenek. „Wszyscy mieliśmy ojców z huty, żelaznych ojców wypalanych w piecach martenowskich, a matki ze sklepu spożywczego, ewentualnie z apteki” (s. 40) – mówi, i dodaje, trochę gorzko: „Ojcowie pełnili w naszym życiu funkcję bohaterów epizodycznych”.

W tym świecie wyrasta również On, Śpik. On, który do końca pozostaje trochę tajemnicą, bo choć narratorka momentami wychodzi ze skóry zwykłej koleżanki z klasy i widzi więcej niż inni, wdzierając się do domu Śpika, do głów jego rodziców i babci, myśli samego Śpika nigdy nie poznajemy. Śpik „zawsze miał niebieskie, zanadto niebieskie oczy i dobry humor, a to ostatnie doprawdy nie wiadomo czemu” (s. 44). Choć nauczyciele nad nim pomstują, ojciec w domu pierze, inne dzieci się śmieją, Śpik się nie stawia, Śpik się nie buntuje, nigdy o nic nie pyta, „jakby światu chciał się tylko przyjrzeć, nie zrozumieć go” (s. 47).

Jedyna choć trochę przyjazna mu dusza – to mama. Ale i mama walczy ze sobą, by nie patrzeć na niego z niechęcią. Bo taki jej się udał głupi i brzydki, bo wolałaby wygadaną blondyneczkę z piątkami w dzienniku, bo chciałaby mieć się kim pochwalić, ale tak nie można, to przecież jej synek kochany, kocha go. I on kocha ją, nie chce jej sprawiać przykrości, ale jest tylko sobą. Na odpuście wszystkie pieniądze wydaje na wielki bukiet z plastikowych kwiatów, przynosi jej, mama płacze. Czemu płacze? Walczy, ciągle walczy:
Zośka Papużanka na MSA we Wrocławiu, 2017.
„Jego nie da się zmienić, na zawsze będzie zmięty i kanciasty i będą mu się pociły dłonie (...). Moje słoneczko, tak się mówi do dzieci, mój promyczku, nie jesteś moim promyczkiem (...). Do kogo on ma podobne ręce, do nikogo chyba, do nikogo niepodobne i do niczego nieprzydatne ręce, ani do grabi, ani do przytulenia, ani do ołówka (s. 55)”.
Mama ma swój własny dramat. Całe życie tęskni za miłością, żyje w nieudanym małżeństwie, od męża dzieli ją zimny mur, są blisko tylko dlatego, że żyją razem w ciasnym mieszkaniu, w ciasnej socjalistycznej norze, gdzie miejsca starcza tylko na jedną ciasną wersalkę. Chciałaby być Anną Kareniną, która z miłości rzuca się pod pociąg, ale to na nic, bo „nie można się tak szaleńczo zakochać, żeby chcieć się rzucać pod pociąg, pędzący pociąg znacznie łatwiej znaleźć niż szaleńczą miłość” (s. 150).

Ogromne wrażenie zrobił na mnie ten portret. Tej rodziny, tak zwyczajnej, tego trudnego macierzyństwa, zawiedzionych nadziei, tego Śpika, tak brzydkiego i głupiego, z którego tak trudno jest być dumnym, który ciągle jest gdzieś w cieniu, choć przecież dużo więcej jest wart niż wszystkie te złotowłose księżniczki, niż te wygadane mądrale. I choć od tej lektury dzieli mnie już kilka miesięcy, wciąż pamiętam, jak siedząc w parku chłonęłam ostatnie strony, jak czytałam o spotkaniu narratorki z dorosłym już Śpikiem, o tym, jak odprowadzał ją do domu, trzymając ją za rękę, i pamiętam, jak łzy kapały mi na strony książki.

Zbiór opowiadań Świat dla ciebie zrobiłem pamiętam już mniej, choć czytałam go później. Emocji nie było tak wiele, historie nie poruszały już tak bardzo, ale wystarczyło mi przejrzeć raz jeszcze swój egzemplarz z podkreślonymi cytatami, by się przekonać, że są równie pięknie napisane. Bo jest tu, podobnie jak w Onym, dużo zdań błyskotliwych i w punkt. (Dla przykładu, z Onego: „Nie komplikowaliśmy życia ani składni”, „Ludzie zbiegli się w jednej chwili, ludzie i wątki to potrafią”, i z opowiadań: „Jak ktoś się boi, to szczeka” „Starym ludziom wszystko wpada, włosy, zęby i powiedzieć, co się chce”). Ale Papużanka to też prawdziwa mistrzyni pięknej frazy i literackiej zmysłowości. Trudno się powstrzymać, by nie zacytować:
„Dotknąć z czułością, wiesz, jak się dotyka wygiętej szyi, jak się zapisuje czyjeś nazwisko na zaproszeniu, jak się patrzy na opadającą pianę w kąpieli. Złociste pęcherze karmelu na patelni. Ziarna piasku. Szorstki cynamon. Zagłębienie w obojczyku” (s. 113).
„Chciwie zbierały wargami różowe sutki malin, odkręcały korony szypułek truskawkom. Przebierały korale owoców jak różańce, szepcząc słodkie modlitwy jadalnego staropanieństwa. Nikt was między palcami nie przebiera, nikt z waszego powodu mniam nie robi, nikomu wasza czerwień warg i paznokci” (s. 132).
Język jej opowiadań jest obrazowy, zmysłowy, dowcipny, ironiczny. Jej prozę po prostu pięknie się czyta. I dlatego wiem, że na pewno sięgnę po zaległą Szopkę, oraz że będę niecierpliwie czekać na kolejne książki Zośki Papużanki. Gotowa ich bronić do ostatniej kropli krwi :)

***
Z. Papużanka, On, wyd. Znak, Kraków 2015.
Z. Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem, wyd. Znak, Kraków 2017.

Zachęcam też do przeczytania relacji ze spotkania z autorką w krakowskiej Księgarni Pod Globusem, zorganizowanego w maju tego roku z okazji premiery zbioru opowiadań Świat dla ciebie zrobiłem.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] okładka Onego ze strony wydawnictwa Znak / www.znak.com.pl,
[3] zdjęcie własne,
[4] Rafał Komorowski / Wikimedia Commons
[5] okładka Świat dla ciebie zrobiłem ze strony wydawnictwa Znak / www.znak.com.pl.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Emocjonalna bomba! Ale… – „Rok Koguta”, Tereza Boučková

Z Rokiem Koguta mam następujący problem. Emocjonalnie ta książka przekonuje mnie bardzo. Literacko – niezbyt.

Już w jednej z pierwszych scen autorka funduje czytelnikowi mały szok. Narratorka, matka, kiedy orientuje się, że syn zabrał z jej saszetki pięćdziesiąt koron (czyli jakieś… siedem złotych), wsiada wściekła na rower, dogania go, wrzeszczy na niego na środku ulicy, szarpie go, chłopak płacze. Co za furiatka! Straszna baba! – myśli sobie zgorszony czytelnik. Wystarczy jednak następne kilkanaście, kilkadziesiąt stron, żeby zrozumiał.

Że Lukáš kradnie. Nałogowo. Tak, że trzeba przed nim zamykać drzwi we własnym domu. A łzy to stały element jego gry. Jest jeszcze drugi syn, Patrik – osiemnastolatek, już poza strefą wpływów. Wyniósł się z domu, żyje na ulicy, niedawno napadł na sklep i tylko przy okazji kolejnych rozpraw (na których notorycznie się nie stawia) rodzice jeszcze o nim słyszą. I Lukáš, i Patrik są adoptowani.

Historia opowiedziana przez Boučkovą w Roku Koguta jest mocno autobiograficzna, a cała książka to zredagowany zbiór zapisków, które pisarka sporządzała na bieżąco w tytułowym Roku Koguta, użerając się z adoptowanymi synami, z własnym kryzysem twórczym i uczuciowym. Dzięki temu utwór tchnie autentyzmem i ma niesamowitą siłę emocjonalnego rażenia. Trzeba przyznać, że czytelnikowi mocno udziela się ten nastrój beznadziei, niemocy, rezygnacji.
„Opowiedziałam mu wszystko.
Że odechciało mi się żyć, bo sprawy w domu zupełnie mnie wykańczają.
Że miałam ochotę wsiąść do auta, rozpędzić się i walnąć w drzewo.
Że wszystko wydawało mi się bez sensu. Życie, rodzina, a zaraz po niej jakakolwiek twórczość.
Że zaczęłam nienawidzić pisania.
Że każdego ranka przerażała mnie perspektywa kolejnego dnia, który muszę przeżyć.
Że bałam się, czy w ogóle go przeżyję. I czy ta klapka w mózgu, dzięki której człowiek jakoś się trzyma, w końcu nie puści. (Jaką breję trzeba mieć w głowie, żeby tak pomyśleć? Jaka substancja musi się tam rozlewać, jeśli jedyne, czego się chce, to jak najprędzej ze sobą skończyć?)
Że ciągle ryczałam.
Że ciągle ryczę” (s. 20).
Tereza Boučková
Równocześnie autorka poruszyła pewien delikatny problem, wywołując w Czechach burzliwą dyskusję. Na ile poprzez wychowanie jesteśmy w stanie zmienić nasze dzieci, wpłynąć na nie, pokierować ich życiem? Czy rzeczywiście jest tak, że dziecko, które przyszło na świat jako niechciane i przeżyło swój pierwszy rok pozbawione matczynej miłości i troski, zostaje nieodwracalnie skrzywdzone psychicznie i będzie rosło w obojętności dla innych, a my mimo wszelkich starań nie będziemy w stanie mu pomóc? Kontrowersji całej sprawie dodaje oczywiście fakt, że zaadoptowani przez narratorkę/autorkę chłopcy byli pochodzenia romskiego. Czy można założyć, że gnuśność, skłonność do kradzieży, lekkomyślność mają „we krwi”? Wiele kwestii do przemyślenia!

Uderza jeszcze jedna rzecz – niesamowita szczerość autorki. W rozmowach twierdzi co prawda, że fakty przeplatają się tu z fikcją, jednak nie trzeba głęboko grzebać w jej życiorysie, by się zorientować, że faktów jest jednak sporo. A swoim życiem prywatnym autorka dzieliła się już wcześniej w scenariuszach filmowych, m.in. do filmu Gnojki (Smradi). W Roku Koguta dopuszcza czytelnika do spraw, o których większość z nas wstydziłaby się pewnie rozmawiać nawet z najbliższymi. I z jednej strony budzi to mój podziw, z drugiej – jednak pewien niesmak, bo zalatuje ekshibicjonizmem. Sprzedaniem swojego życia, wystawieniem go na pokaz.

To nie ekshibicjonizm sprawił jednak, że ostatecznie Roku Koguta nie oceniam zbyt wysoko. Doceniam dosadność i szczerość, doceniam trudny temat, ale… dla mnie to nie jest literatura. To wciąż zbiór luźnych notatek, pewnie trochę posegregowanych, pewnie trochę zredagowanych, ale jednak notatek. Domyślam się, że efekt miał być właśnie taki, że to miał być surowy, bezpośredni przekaz, bez żadnego literackiego retuszu, samo życie, ale do mnie to nie przemawia. Brakuje mi wykończenia, staranniejszej formy.

I pomyślałabym pewnie, że to tylko ta jedna książka, bo powstawała w taki a nie inny sposób. Gdyby nie fakt, że w ramach przygotowania przed lekturą Roku Koguta sięgnęłam po kupiony kilka lat temu zbiorek opowiadań Boučkovej, Šíleně smutné povídky.

Znalazłam tam, przyznaję, dwa lub trzy utwory, które mnie zachwyciły. Autorka z dużą dozą empatii przedstawiła w nich niebanalne postaci i ich wewnętrzne światy – jak choćby samotną, starzejącą się kobietę, która zostaje zgwałcona, lecz po fakcie dochodzi do wniosku, że potrzebowała tego pierwszego od tak wielu lat kontaktu z męskim ciałem, i że może na ten „gwałt” sama przystała (i to jest naprawdę šíleně smutné! choć w dobie dzisiejszej dyskusji o molestowaniu, raczej niezbyt wygodne) czy kalekiej kobiety przesiadującej całymi dniami w kościele, postrzeganej jako nieszkodliwa dziwaczka, skrywającej tymczasem przed światem tajemnicę nieszczęśliwej, nieodwzajemnionej miłości.

Ogólnie jednak zbiór mnie raczej rozczarował. W podobny sposób, co Rok Koguta – jakimś brakiem literackiego dopracowania, suchym stylem. Jeśli więc sam temat nie zrobi wrażenia, pisarstwo Boučkovej niestety niespecjalnie na mnie działa.

Ciekawostka na koniec – okładka polskiego wydania powieści, jak i zresztą sam oryginalny tytuł, Rok Kohouta, nawiązują do postaci ojca Boučkovej, znanego czeskiego pisarza Pavla Kohouta, autora m.in. Kacicy. Ojciec i córka mają dziś skomplikowaną relację – Kohout zostawił rodzinę, kiedy pisarka była jeszcze dzieckiem. Chyba również dlatego zbudowanie własnej, szczęśliwej rodziny było dla niej tak ważne, i dlatego też tak dotkliwie odczuła porażkę wychowawczą poniesioną względem dwójki adoptowanych synów.

***
T. Boučková, Rok Koguta, przeł. Olga Czernikow, wyd. Afera, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] fot. Martin Vítek / zdjęcie autorki ze strony wydawnictwa Afera (www.wydawnictwoafera.pl), 
[3] okładka zbioru opowiadań Šíleně smutné povídky / idnes.cz,
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa Afera (www.wydawnictwoafera.pl).  

piątek, 3 listopada 2017

Melancholia, etnohipsterstwo i Conrad-Żeromski – Festiwal Conrada 2017, dzień 6. i 7.

Festiwalowa sobota zaczęła się dla mnie spotkaniem, na które bardzo – być może najbardziej z całego festiwalu – czekałam. Była to dyskusja „Melancholia Europy Środkowej” z udziałem Węgra László F. Földényiego oraz Czecha Jana Němca.

Na wstępie odczytane zostały teksty obydwu gości poświęcone zjawisku melancholii, zwłaszcza w kontekście naszej części Europy. Němec w swoim wystąpieniu zwrócił uwagę, że z melancholią kojarzymy również inne kraje i regiony, jak choćby Rosję, Niemcy (werterowski Weltschmerz) czy Portugalię (słynne saudade). Ta środkowoeuropejska jest jednak związana z naszymi własnymi doświadczeniami oraz z tym, że nigdy nie tworzyliśmy wielkiej historii.

Czym jednak jest właściwie melancholia? Już ze zdefiniowaniem tego pojęcia jest pewien problem. Wiele dzieł dotyczących melancholii bynajmniej charakteru melancholijnego nie ma, i na odwrót – Němec przyznał, że był dosyć zdziwiony tematem spotkania, w którym ma wziąć udział, ponieważ jego Historia światła, czyli opowieść o fotografie Františku Drtikolu, to w zasadzie rzecz o świetle, podczas gdy melancholia kojarzy mu się jednocześnie z czymś ciemnym, mrocznym. Z drugiej strony – wciąż problem sprawia definicja samej Europy Środkowej, mamy więc do czynienia z dwoma bardzo płynnymi pojęciami.

Földényi zauważył, że w twórczości wybitnych środkowoeuropejskich autorów, takich jak Franz Kafka czy Miroslav Krleža, wyczuwamy dziwny niepokój; również Witkacy, zasiadając do pisania, odczuwał zawsze metafizyczny niepokój – jakby znajdował się między jawą a snem. Być może właśnie to uczucie jest kluczem do melancholii Europy Środkowej.

Prowadząca Magdalena Barbaruk dociekała, czy melancholia dotyczy wyłącznie głębi naszych uczuć czy jest związana z tym, co nas otacza. W odpowiedzi na to pytanie Němec przywołał wspomnienie ze swojej podróży pociągiem do Polski przed kilkoma dniami – rano za oknem mgły unosiły się znad pól i zdecydowanie był w tym element melancholii. Autor ubolewał jednak nad tym, że większość podróżujących woli się wpatrywać w ekrany swoich telefonów i tabletów i tak niewielu z ich zwraca jeszcze uwagę na widoki za oknem, napawając się podobnym nastrojem. Bardzo spodobała mi się ta wypowiedź, przypomniała mi bowiem Taką piękną żałobę Hrabala i ten fragment, w którym narrator zastanawia się, dlaczego nikt nie zwraca uwagi na pana Rambouska zapalającego wieczorem latarnie, skoro to tak piękny widok? Földényi przyznał, że w nim październikowe poranne mgły również budzą melancholię.

Niegdyś melancholia kojarzona była raczej z ludźmi starymi, czy dziś możemy dla odmiany mówić o melancholii młodych? – spytała prowadząca, po czym sformułowała dosyć dziwny wniosek, że to właśnie melancholia jest odpowiedzialna za kryzys demokracji w dzisiejszej Europie – sprawia, że młodzi ludzie nie chodzą na demonstracje. Němec odparł, że melancholia jest związana z pewnym uduchowieniem, tymczasem młodzi ludzie, owszem, izolują się, ale nie są uduchowieni. Choćby ich reakcja na uchodźców nie ma w sobie nic z uduchowienia; jest zwyczajnie okrutna, i nie ma swojego źródła w melancholii, a w strachu. Földényi dodał, że w czasach jego młodości świat był szary, ale sny kolorowe; dziś natomiast młodzi nie mają nawet snów, są tylko zapatrzeni w swój szary, elektroniczny świat.

Tymczasem aby być melancholikiem, wystarczy nie zgadzać się na wszystko, co nam narzuca otoczenie, wymykać się schematom, wystarczy być zakochanym czy zachwycić się dziełem sztuki. Němec zgodził się, że ten element buntu może mieć dziś dużo łagodniejszą postać, niż kiedyś – dzieje się to choćby wtedy, gdy zamiast oglądać seriale czy spędzając dzień w galerii handlowej, odbywamy po prostu z kimś ciekawą, zaangażowaną rozmowę. Drogą ku melancholii jest też oczywiście miłość, ale niekoniecznie rozumiana w sensie erotycznym, a także otwarcia na innych – jak u Drtikola, który pod koniec życia, w okresie fascynacji buddyzmem, rozszerzył swoją miłość na cały świat.

Czy jednak artysta musi być melancholikiem? Czy melancholia jest źródłem jakiejś tajemnej wiedzy? Němec się z tym nie zgodził; stwierdził, że również radość może nas nauczyć wielu rzeczy. Földényi dorzucił, że w gruncie rzeczy radość i melancholia tak bardzo się nie różnią – jak pisał Keats „melancholia to świątynia radości”. Melancholia wiąże się zaś raczej z doświadczeniem niż z wiedzą, z poczuciem kruchości świata, niczym przy chodzeniu po lodzie.

Na koniec wywiązała się mała polemika między Němcem a panią z publiczności, dotycząca fotografii Františka Drtikola. Zdaniem pani Drtikol na swoich zdjęciach uprzedmiotawiał kobiece ciało, co „odzwierciedlało też jego ogólny stosunek do kobiet”. Němec odparł, że inaczej to widzi (być może dlatego, dodał dowcipnie, że też jest mężczyzną) – jego zdaniem Drtikol zawsze dostrzegał wnętrze kobiety w jej ciele. Rozmówczyni nie dała się przekonać :).

Popołudnie spędziłam na Targach Książki (niestety!), wróciłam natomiast do Czeczotki na spotkanie „Połyskliwy świat. Spotkanie z Siri Hustvedt”. I choć sama pisarka robi niesamowite wrażenie – Natalia z Kroniki kota nakręcacza określiła to bardzo trafnie słowami „niewymuszona elegancja i mądrość” – to samą rozmowę zaliczyłabym osobiście do kategorii tych raczej mniej porywających. Przez pierwsze pół godziny krążyła wokół treści najnowszej wydanej po polsku książki Siri, Świata w płomieniach, której niestety nie czytałam, więc ciężko mi się było odnieść; w dalszej części spotkania natomiast zrobiło się bardziej filozoficznie i zwyczajnie zaczęłam się gubić. Ostatecznie moje notatki ze spotkania są bardzo chaotyczne, relacja będzie więc niedługa.

W kulturze zachodniej kobieta kojarzona była przez wieki z cielesnością, mężczyzna natomiast – z umysłem i intelektem. Pogrywając sobie z tymi skojarzeniami, główną bohaterką swojej powieści Hustvedt uczyniła postawną kobietę o ogromnym biuście, przewyższającą jednak również wszystkich innych intelektualnie. Autorka przyznała, że jest pewien element sadyzmu w konstrukcji jej książki – pojawia się w niej aż 20 głosów; postanowiła jednak „pójść na całość” i przekonać się, czy czytelnicy zrozumieją, o co jej chodziło.

Sama Siri przyznała, że tak naprawdę nigdy nie odpoczywa; literatura jest sensem jej życia – jeśli nie śpi, pisze, jeśli zaś nie pisze, to czyta. Wychodzi z założenia, że „jesteś tym co czytasz”, nie ogranicza się więc do beletrystyki, z przyjemnością pochłania również opracowania naukowe z dziedziny historii, lingwistyki, filozofii i innych (czego dowód dała chwilę później, rozprawiając swobodnie o Kierkegaardzie i Schellingu).

Pisarka mówiła także – w kontekście ostatnich wyborów w Stanach Zjednoczonych – o kobiecej ambicji i o karach, jakie świat funduje kobietom za ich śmiałe zamiary. I znów na tapet wróciła sprawa Weinsteina; Hustvedt zwróciła uwagę, że takie rzeczy dzieją się właśnie w świecie, gdzie obowiązuje polityka siły – w kraju, którego prezydent przyznaje się do podobnych czynów, co te zarzucane Weinsteinowi. Autorka doszła więc do podobnych wniosków, co inny amerykański gość tegorocznego Festiwalu Conrada, Hugh Howey.

Ostatni, siódmy dzień tegorocznego festiwalu rozpoczęłam jeszcze jednym bardzo przeze mnie wyczekiwanym spotkaniem, „Nowoczesne prowincjałki. Gogola | Grzegorzewska | Sowiński”. Wioletta Grzegorzewska, autorka nominowanych do Nagrody Bookera Guguł, oraz Weronika Gogola, która zadebiutowała recenzowanym przeze mnie niedawno Po trochu, dyskutowały na temat polskiej prowincji, którą obydwie prezentują w swoich utworach.

Na wstępie pojawiła się ciekawa różnica zdań między rozmówczyniami. Grzegorzewska mówiła o kresie chłopskiej kultury, który nastąpił w czasach jej dzieciństwa – o tym, że polska wieś bardzo się zmieniła, że straciła swoją magię, tak, jak o tym pisał Wiesław Myśliwski. Gogola natomiast stwierdziła, że ona dostrzega w tym raczej przemianę niż kres. Prowincja, owszem, jest dziś bardziej nowoczesna, wkroczyły tam, jak wszędzie, nowe technologie, większość starych tradycji jest tam jednak nadal kultywowana – wciąż żyją wiejscy opowiadacze, a w Wielkanoc przy Grobie Pańskim czuwają strażacy :). „Czy mamy prawo wymagać od wsi, by była staroświecka?” – pytała autorka. Czy chłopi muszą nadal kosić kosą? Owszem, to piękne i romantyczne podejście, jak koncepcja chodzenia wszędzie boso, ale w praktyce jest po prostu kłopotliwa.

Grzegorzewska obstawała przy swoim – nie ma już ducha dawnej wsi, na prowincję wkroczyła globalizacja, wszędzie pełno jest kurzych ferm, a ludzie przylepieni są do swoich smartfonów. Gogola jednak konsekwentnie odpowiadała: w Olszynach nadal święci się pola i nadal odprawia się majówki przy kapliczkach. Stanęło na tym, że być może po prostu proces globalizacji postępuje w różnym tempie w różnych miejscach w Polsce :).

Panie zgodziły się za to co do chłopskiej mądrości. Grzegorzewska dowodziła, że chłopi mieli swoją własną filozofię, nie byli wcale zacofani czy prymitywni; również Gogola przyznała, że bardzo ceni chłopską filozofię, która jest bardzo „jeden do jednego”: nie uznaje kawiarnianych dywagacji, bierze po prostu życie, jakim jest. W mieście natomiast, zwłaszcza w Krakowie, ludzie są zbyt oderwani od rzeczywistości :).

Prowadzący Michał Sowiński był ciekaw, dlaczego obydwie autorki postanowiły opisać swoje dzieciństwo z podobnej perspektywy – dziecka, ale ze świadomością dorosłego. Gogola odparła, że zgodnie z kulturą chłopską chciała mówić wprost, dlatego właśnie narratorem uczyniła siebie jako dziecko, nieskrępowane jeszcze zasadami „wypada/nie wypada” (i stąd też pewne bardzo bezpośrednie fragmenty, z którymi część czytelników – w tym ja – miała problem ;)). Również Grzegorzewska stwierdziła, że jako dziecko po prostu mogła sobie w powieści na więcej pozwolić; ponadto łatwiej jej było oddać magiczne myślenie, wiarę w pewne rzeczy.

W tym momencie rozmowa zeszła na wiejskie zabobony zapamiętane jeszcze z czasów dzieciństwa. Gogola przyznała, że wiele z nich jest w niej bardzo silnie zakorzenionych – do dziś na przykład, jeśli zdarzy jej się po coś wrócić do domu, musi na chwilę przysiąść, żeby nie spotkało jej nieszczęście. Sens wielu z tych zwyczajów poznała później w trakcie studiów ukrainoznawczych (na przykład zasada niewitania się przez próg wzięła się stąd, że w dawnych czasach pod progiem chowano zmarłych). Innym dobrze znanym wiejskim obyczajem jest nocne czuwanie przy trumnie zmarłego – i tutaj również zaznaczyła się wyraźna różnica zdań między uczestniczkami spotkania.

Grzegorzewska wyznała, że czuwanie to jest jednym z jej najbardziej traumatycznych wspomnień z dzieciństwa; to m.in. za sprawą takich praktyk świat ten wydawał się jej jako dziecku tak bardzo opresyjny. Wciąż pamięta również zdjęcia z pogrzebów, na których w otoczeniu rodziny widniał zmarły w trumnie. Gogola stwierdziła natomiast, że dla niej możliwość pożegnania się ze zmarłym bliskim w naturalnym, domowym środowisku było przeżyciem pięknym, a dodatkowo oswajającym ze śmiercią. Dodała, że dziś umieranie jest bardziej sterylne, staramy się je od siebie nienaturalnie odsunąć, a przez to po odejściu najbliższych zostajemy zupełnie sami. Wiejskie śpiewy, czuwanie, odwiedziny sąsiadów sprawiały, że człowiekowi dużo łatwiej było pogodzić się ze stratą.

Od tematu śmierci rozmowa wróciła jeszcze na nieco bardziej pogodne tory – prowadzący poruszył kwestię buńczuczności ludzi ze wsi. Gogola wspominała, że rzeczywiście, w obecności dzieci z miasta zawsze miała kompleksy i starała się za wszelką cenę udowodnić swoją wartość, licytując się na osiągnięcia; Grzegorzewska nie ma jednak takich doświadczeń – dzieci letników z miasta, z którymi miała do czynienia w wakacje, wydawały się raczej zafascynowane wiejską rzeczywistością.

Na koniec poruszony został bardzo ciekawy temat „etnohipsterstwa” i tego, jak wieś wychodzi w kapitalistyczny świat :). Gogola mówiła o wiejskich potańcówkach, na których spotykają się koła gospodyń wiejskich i budki z wegeburgerami, a Grzegorzewska opowiedziała o rozczarowaniu, które spotkało ją, kiedy uświadomiła sobie, że wiejskie płaczki z obejrzanego przez nią pięknego dokumentu to ten sam zespół, który nagrał później przebój Koko Koko Euro Spoko ;).

O tym, że wieś i naruszający jej spokój ludzie miasta to tematy budzące spore emocje, przekonaliśmy się na koniec, podczas uwag od publiczności. Pewien słuchacz, który od lat prowadzi działalność na terenach wiejskich, zaapelował, by ludzie z miasta jednak w mieście pozostali, bo na wsi sprawiają zbyt dużo problemów ;)

Ostatnim wydarzeniem w Pałacu Czeczotki, w którym wzięłam udział jako słuchaczka, była dyskusja „Za co (nie) lubię Josepha Conrada? Bielik-Robson | Koziołek | Panas | Markowski”. I było to dla mnie naprawdę wspaniałe zamknięcie festiwalowych spotkań – rozmowy trójki (Paweł Panas niestety nie dojechał) tak inteligentnych, wykształconych znawców literatury słuchało się z największą przyjemnością!

Michał Paweł Markowski rozpoczął spotkanie od trochę prowokacyjnego pytania: Co by było, gdyby Conrad pisał jednak po polsku? Kim by był na mapie polskiej literatury? Koziołek odparł, że nie o tym nie myślał, ale prawdopodobnie byłby kimś w rodzaju Żeromskiego, wzorzec romantyczny. Bielik-Robson stwierdziła, że wybór angielskiego był naturalny, bo był on już wtedy instytucją, podczas gdy polski dopiero w tym czasie się tworzył… Koziołek zaoponował, twierdząc, że za czasów Pana Tadeusza był już całkiem dobrze „stworzony” ;).

Czy prawdą jest więc, że język polski po prostu nie wystarczał Conradowi do wyartykułowania tego, co wyartykułować chciał? Czy to go właśnie popchnęło do rozpoczęcia tworzenia w języku, którego słów nie potrafił jeszcze nawet za dobrze wymawiać? Koziołek uznał, że w Polsce dodatkowo nikt by mu nie wybaczył, gdyby nie skupił się w swojej twórczości na sprawie polskiej; na pewno jednak nie był to powód jego wyjazdu – pisać zaczął dopiero w wieku 40 lat, wyruszył zaś w świat jako młody chłopak.

Po tym, jak prowadzący debatę zacytował niepokojące zdanie z eseju Conrada, z którego wynikało, że jeśli masz ideę, za pomocą której możesz uzasadnić swoją przemoc, jesteś usprawiedliwiony, rozmowa zeszła na stosunek Conrada do brytyjskiego kolonializmu. Agata Bielik-Robson broniła pisarza, twierdząc, że po prostu głęboko wierzył on w ciągłość cywilizacyjną Wielkiej Brytanii, jej projekt kolonizacyjny postrzegał zaś raczej jako modernizację, z poszanowaniem prawa i instytucji, przeciwstawiając mu kolonizację rosyjską, w stylu rzymskim, opartą na brutalnej sile. Koziołek protestował przeciwko takiemu podejściu – jego zdaniem Tasmańczycy, gdyby mieli wybór, z pewnością woleliby kolonizację rosyjską, w przeciwieństwie do brytyjskiej nie zakładała ona bowiem całkowitej eksterminacji.

Trudno nam jednak szukać odpowiedzi na powyższe pytania choćby w Jądrze ciemności, bowiem mamy tam do czynienia z głosem narratora, którego nie możemy utożsamić z głosem autora. Sam Conrad nie przedstawia jasno swojego poglądu na to, kto jest odpowiedzialny za obraz kolonizacji w Afryce – czy kolonizatorzy czy dzicz; i to jest w jego twórczości fenomenalne.

Tak czy siak – projekt kolonizacyjny/modernizacyjny nie udaje się. Bohater składa broń i poddaje się – nie może zrozumieć świata, nie potrafi ukształtować bezkształtnego. Jak wskazała Bielik-Robson, można to czytać jako kronikę z góry zapowiedzianej klęski, ale także jako zapis walki – konfrontacji z realnym.

Rozmówcy zastanawiali się również, dlaczego Conrad nie napisał książki o własnym doświadczeniu w Anglii, o poczuciu wyobcowania. Czyżby dlatego, że oprócz zaliczania go do twórców literatury marynistycznej nic tak bardzo go nie denerwowało, jak umieszczanie go w kontekście słowiańskim? W gruncie rzeczy jednak, mówiła Bielik-Robson, jest on Konradem Wallenrodem w świecie anglosaskim, i choć przejął się „nową wiarą”, obcość wciąż się za nim ciągnie. Dlatego tacy autorzy jak Edward Said czy Salman Rushdie (wielki wielbiciel prozy Conrada) bardzo silnie wyczuwali, że to nie brytyjski autor. Czy coś go może wpisywać w kontekst polski? Duma i suwerenność – przekonywali rozmówcy.

I tak festiwalowe spotkania dobiegły dla mnie końca… Zwieńczeniem Festiwalu była Gala Nagrody Conrada, w trakcie której wręczona została trzecia już Nagroda Conrada (zdobyła ją Anna Cieplak za powieść Ma być czysto), a Siri Hustvedt wygłosiła swój wykład mistrzowski. Zastanawiałam się, czy o nim również tutaj pisać, ale chyba nie ma potrzeby – nagranie jest dostępne w internecie, choćby na stronie facebookowej Festiwalu Conrada. Gorąco polecam Wam jego przesłuchanie – sama przeżyłam momenty prawdziwego wzruszenia! Pisarka przepięknie opowiada w nim, jak podczas pewnego upojnego lata w towarzystwie Jane Austen, sióstr Brontë, Dickensa i Dumasa postanowiła, że zostanie pisarką, i jak zrozumiała, dlaczego literatura jest tak ważna – bo tylko ona potrafi przekazać prawdę o tym, co znaczy być człowiekiem wśród innych ludzi na świecie. Cudownie było słuchać tych słów w ostatnim dniu mojego kolejnego już Festiwalu Conrada. Już nie mogę się doczekać, co przyniosą mi następne.

środa, 1 listopada 2017

Weinstein, książki jak wino i małe miasta – Festiwal Conrada 2017, dzień 3. i 4.

Relacja z tegorocznego Conrada, odsłona druga! Dzień trzeci festiwalu opiszę bardzo skrótowo, bo żadne ze spotkań mnie nie porwało i notatek zrobiłam niewiele. Na pierwszy ogień poszła „Planeta Lem. Bereś | Gajewska | Orliński | Fiałkowski”, czyli dyskusja na temat życia i twórczości Stanisława Lema, z udziałem Wojciecha Orlińskiego, autora najnowszej biografii Lema, Agnieszki Gajewskiej (Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w twórczości Stanisława Lema), Tomasza Fiałkowskiego (Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski) oraz Stanisława Beresia (Rozmowy ze Stanisławem Lemem).

Rozmowa była dosyć chaotyczna. Zaczęło się od stwierdzenia, że Lem czuł się nieczytany i niedoceniony, później kilka słów o przyjaźni Lema z innymi pisarzami, jak Mrożek czy Błoński (krytykowali swoje utwory, ale nie psuło to ich relacji) oraz pytanie o to, dlaczego w pewnym momencie przestał pisać powieści (bardzo banalne wytłumaczenie – bo przestało go to zajmować). Następnie rozmowa zeszła na kwestię żydowskiego pochodzenia Lema i pogromu Żydów lwowskich, który przeżył, i ten temat zdominował spotkanie – mimo apelu Wojciecha Orlińskiego, by zmienić ton rozmowy na pogodniejszy :).

Prof. Gajewska, która jako pierwsza zajęła się tematem pogromu w twórczości Lema, mówiła o tragikomicznych opisach zagłady w Głosie Pana. Wszyscy dyskutanci byli zgodni, że to pierwsze spotkanie ze śmiercią w wieku 20 lat naznaczyło pisarza do końca życia, i stąd jego epizody depresyjne oraz powracające nocne koszmary. „Do końca życia nie wyszedł z szafy”, stwierdzili. Był więc geniuszem, który niósł na swoich barkach bardzo ciężkie brzemię – ale skrzętnie to ukrywał. I taka była chyba puenta spotkania.

O 16 w Pałacu Czeczotki zawitali debiutanci nominowani do tegorocznej Nagrody Conrada – Katarzyna Boni, Anna Cieplak, Natalia Fiedorczuk, Maciej Sieńczyk i Grzegorz Uzdański. I choć byłam bardzo ciekawa tego, co mają do powiedzenia młodzi autorzy, spotkanie okazało się zwyczajnie nudne, wydumane, przeintelektualizowane; jedyne naprawdę ciekawe pytanie padło dopiero ze strony publiczności.

Co mi zostało w głowie i na papierze? Wszystkie książki tegorocznych nominowanych mają ze sobą coś wspólnego – powstały z poczucia niepokoju, że sytuacja wygląda tak, a nie inaczej, trochę w obronie pewnych grup społecznych, które łatwo zignorować lub zinfantylizować. To książki o relacjach. Wyjątkiem jest powieść Macieja Sieńczyka, która dotyczy relacji „między nim a nim” :).

Ciekawe pytanie od publiczności, o którym wspominałam, dotyczyło natomiast tego, czy nominowani młodzi autorzy, którzy jak jeden mąż piszą o sprawach „niemiłych”, byliby w stanie dla odmiany napisać książkę o rzeczach „miłych”. Spodobało mi się ogromnie, bo sama zawsze ceniłam autorów, którzy potrafią tworzyć literaturę ambitną, ale nie depresyjną, przytłaczającą, a podnoszącą na duchu, optymistyczną w wymowie.

Sieńczyk odpowiedział, że raczej tak, ale potrzebowałby najpierw wprowadzić się w stan relaksu, a obecnie życie dostarcza mu zbyt wielu stresów :). Anna Cieplak stwierdziła, że w jej książce – oraz innych nominowanych – jest chyba również pewien element czułości, ale ponieważ to książki o rzeczywistości, nie da się uniknąć trudnych spraw. Natalia Fiedorczuk przy tej okazji podzieliła się swoim uwielbieniem dla „miłej” książki Shirley Jackson Moje życie wśród potworów, a Grzegorz Uzdański – dla „miłego” serialu Przystanek Alaska :).

Wreszcie przyszedł czas na „W imię miłości, w imię wolności. Spotkanie z Agnetą Pleijel”. Towarzysząca mi Ola z Parapetu Literackiego bardzo czekała na to spotkanie i jej ekscytacja trochę mi się udzieliła, na nieszczęście – bo wydarzenie niestety nie było ani w połowie tak ciekawe, jak się zapowiadało. I to nie z powodu autorki; słabym jego punktem było ewidentnie prowadzenie, które zupełnie nie pozwoliło jej zaprezentować na spotkaniu się od najlepszej strony. Prowadząca Agnieszka Drotkiewicz już na wstępie zadała pytanie tak zagmatwane, że nie zrozumiał go nikt łącznie z autorką, więc z zakłopotaniem się z niego wycofała. Później niestety nie było dużo lepiej. Występująca w roli drugiej prowadzącej tłumaczka Justyna Czechowska wtrąciła natomiast kilka osobistych wyznań, które, choć chwytały za serce, wydały mi się jednak trochę nie na miejscu. Wrażenie do reszty popsuła słaba organizacja spotkania – wydawanie słuchawek do tłumaczenia symultanicznego trwało całe wieki (a do tego ponoć nie wystarczyło ich dla wszystkich), denerwowały również zmiany kanałów w trakcie wydarzenia.

Mimo tych wszystkich trudności udało mi się jednak wyłuskać z rozmowy kilka ciekawszych myśli. W kwestii pisania Pleijel stwierdziła, że najważniejsze to być uczciwym wobec siebie, nie unikać trudnych, wstydliwych tematów. Takim tematem był dla niej m.in. rozwód rodziców oraz konflikt lojalnościowy matka/ojciec. Innym – związek z ojcem jej córki, o którym również w trakcie spotkania mówiła bardzo otwarcie. Był bardzo inteligentnym, oczytanym człowiekiem, z którym łączyła ją silna więź, ale także złośliwym, zazdrosnym o jej pisanie, za które karał ją agresją lub chłodem. Dopiero po rozstaniu zostali prawdziwymi przyjaciółmi, dziś zaś chodzi na jego grób i dziękuje mu za wszystko, co od niego dostała. Dziś rozumie, dlaczego Proust w zakończeniu swojego wielkiego cyklu dziękuje wszystkim, którzy sprawili mu ból.

Pisarka przyznała również, że pisanie jest dla niej sposobem na radzenie sobie z osobistymi doświadczeniami i traumą. „Wróżba pomogła mi polubić małą dziewczynkę, jaką byłam” – wyznała. Dlatego też gorąco polecała pisanie, nawet w sytuacji, kiedy wszyscy dookoła mówią ci, że robisz to źle.

Zapytana o dzisiejszą sytuację kobiet – czy biorąc pod uwagę sprawę Weinsteina i akcję #metoo możemy rzeczywiście powiedzieć, że sytuacja ta tak bardzo się zmieniła w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat – pisarka odpowiedziała, że mimo wszystko doszło do dużych zmian. Tak, kobiety wciąż są wykorzystywane, ale dziś już radzą sobie z tym i potrafią o tym głośno mówić. A co budzi w niej największy niepokój? Widok ludzi, którzy są poniżani.

I jeszcze jedna rzecz, dla której mimo wszystko warto było wybrać się na to spotkanie – przeczytany przez tłumaczkę fragment Zapachu mężczyzny, opisujący narodziny dziecka. Rodząc swoją córkę, Pleijel próbowała znaleźć ukojenie w literaturze i uświadomiła sobie wtedy, że opisów wydawania dziecka na świat jest w dziełach literackich zaskakująco niewiele. Sama więc postanowiła akt rodzenia opisać tak szczegółowo i dokładnie, jak to tylko możliwe. I, uwierzcie, ten opis naprawdę zapiera dech! Mimo wszystko więc wydarzenia nie uważam za całkowitą katastrofę.

Małe rozczarowania festiwalowego dnia trzeciego osłodził nam za to zdecydowanie dzień czwarty. Zaczęło się od fantastycznego spotkania „Dlaczego ludzie nie lubią księgarń?” z Jorgem Carriónem, autorem publikacji Księgarnie i, jak się można domyślić, wielkim entuzjastą księgarni.

Kupowanie książek gość porównał do nabywania wina – można to robić byle gdzie, ale można również wybrać się do winiarni i zasięgnąć rady ekspertów. Kosze wyprzedażowe nie są złe, dają bowiem książkom życie, którego potrzebują, ale dobrze też, że są książki, które kupić można wyłącznie w księgarniach, „towary luksusowe”. Jaka powinna być jego zdaniem dobra księgarnia? Na pewno nie powinna przypominać świątyni; dobrze natomiast, jeśli stwarza przytulną, domową atmosferę, w której bez problemu można nawiązać kontakt z ludźmi i książkami.

Ten kontakt jest bardzo ważny, ponieważ to on jest największym atutem księgarni w walce ze sprzedażą internetową. W ten sposób księgarz staje się „koordynatorem emocji”, a księgarnia – nową przestrzenią religijną, przypominającą o tym, co sprawia, że jesteśmy ludźmi. „Amazon tego nie ma” – podsumował gość.

Opowieści o księgarniach w różnych zakątkach świata – Carrión odwiedził ich bowiem tysiące! – brzmiały mocno egzotycznie na tle Polski, gdzie miejsca zajmujące się sprzedażą książek z trudem walczą o przetrwanie. Podobno rośnie w siłę „turystyka księgarniana”. Podobno w Porto jest księgarnia (i rzeczywiście jest, sprawdziłam – Lello & Irmao) tak piękna, że za wstęp płaci się 4 euro. Podobno księgarnie w Barcelonie oferują „przymierzalnie książek” i kursy kreatywnego czytania (co za genialny pomysł w dobie, gdy wszyscy uczą się tylko kreatywnie pisać!).

Kiedy Marcin Wilk zwierzył się ze swojego niepokoju związanego z zamykaniem księgarni w Polsce (w tym tych najstarszych, z długą tradycją – jak Matras na krakowskim rynku), Carrión zasugerował, że może należałoby pójść właśnie w stronę turystyki, zamieszczając piękne księgarnie w przewodnikach… Wypowiedział się również na temat popularnego obecnie łączenia księgarni z innego typu lokalami – jego zdaniem nie ma w tym nic złego, bo kawa, wino, teatr czy kino doskonale pasują do książek. A o tym, czy miejsce zasługuje na miano „księgarni” czy nie, decyduje nie powierzchnia przeznaczona na książki, a duch miejsca.

Podkreślił też, jak ważne są dobrze zaopatrzone działy dziecięce – bo w ten sposób wychowujemy przyszłych czytelników. Dodał, że w Hiszpanii nawet w czasach kryzysu ludzie nie przestawali kupować książek dzieciom.

Mowa była jednak nie tylko o księgarniach. Zapytany o los papierowych książek w dobie rosnącej popularności e-booków Carrión odpowiedział, że nie ma skłonności do myśli apokaliptycznych, jego zdaniem papierowe egzemplarze przetrwają, bo mają swoje niewątpliwe zalety – nie rozładowują się, nie psują się wskutek upadku… Są jak łyżka, wymyślone dawno temu, a mimo to wciąż się ich używa :). Gość pięknie mówił również o związkach między książką jako przedmiotem a naszą osobistą pamięcią. Jeśli mamy do dyspozycji papierową książkę, zwykle wyraźniej zapisuje nam się w pamięci, gdzie ją czytaliśmy i w jakich okolicznościach.

Kilka słów Carrión poświęcił także własnej biblioteczce. Stwierdził, że nie jest bibliofilem, stara się jednak zawsze kupić coś w księgarni, która zrobiła na nim wrażenie. Poza tym do książek ma stosunek dosyć nonszalancki, co nie oznacza, że o nie nie dba – te najważniejsze ustawia wysoko, poza zasięgiem niszczycielskich rączek dzieci, i nie pożycza ich, ale za to chętnie udostępnia u siebie w domu. Na pytanie osoby z publiczności, czy nie myślał nigdy o otwarciu własnej księgarni, odpowiedział, że owszem – ale to nie byłby dobry pomysł, zbyt bowiem przywiązany jest do swojego obecnego trybu życia, do tego, że może przesiadywać w domu, pisząc i czytając. Przeczuwa, że byłby typowym księgarzem robiącym niechętne miny na widok wchodzącego klienta :).

Zapytany z kolei o polską literaturę, wymienił Heban Kapuścińskiego oraz Ferdydurke Gombrowicza – tę drugą książkę również dlatego, że sam mieszkał przez pewien czas w Buenos Aires, gdzie legenda Gombrowicza jest wciąż żywa. Przy okazji opowiedział w formie anegdoty, w jaki sposób Ferdydurke zostało przełożone na język hiszpański. Przyjaciele Gombrowicza, zdenerwowani tym, że jego dzieło nie jest dostępne w ich języku, zaczęli go wypytywać o szczegóły; rozpoczęły się regularne spotkania, w trakcie których Gombro opowiadał im, co dzieje się na poszczególnych stronach, a oni… po prostu pisali, a później z ich połączonych wersji powstał przekład :).

Spotkanie „Jak się żyje w małym mieście? Bałuk | Grabowska | Podbielska | Szczygieł”, poświęcone zbiorowi reportaży Światła małych miast, stworzonemu przez uczniów Polskiej Szkoły Reportażu, było świetne. Moja relacja z niego będzie jednak krótka, bo spisywanie tutaj opowiedzianych w trakcie wydarzenia historii to już zupełnie nie to samo – zwłaszcza fantastycznej narracji Agaty Grabowskiej po prostu na piśmie nie sposób oddać :).

Sam pomysł na zbiór podsunął nie kto inny, jak Mariusz Szczygieł. Na jednych z zajęć zaczął opowiadać słuchaczom, jak to kiedyś „jeździło się w Polskę”, jak sam w latach 90. kursował od jednego małego miasta do drugiego, dowiadując się, co ludzie sądzą o niedawnych przemianach ustrojowych i nowej rzeczywistości, w której się znaleźli. Młodzi reporterzy uświadomili sobie, że rzeczywiście w świadomości wielu z nas małe miasta istnieją już tylko jako światła, które mijamy podczas nocnej podróży między Warszawą a Krakowem czy Wrocławiem. Nie wiemy, co się tam dzieje, nie wiemy, jak się tam żyje. Od małomiasteczkowej rzeczywistości dzieli nas mur, który przecież wcale nie jest nie do przeskoczenia – jak zauważył Kamil Bałuk, po serii reportaży Filipa Springera z byłych miast wojewódzkich ludzie wypytywali go, „jak tam jest”, jak gdyby sami nie mogli się tam wybrać i zobaczyć na własne oczy.

Na „bohaterów” swoich tekstów autorzy wybrali jak najbardziej „zwyczajne” miasteczka, pozbawione szczególnych konotacji historycznych. Wyjątkiem były Sejny, położone na pograniczu polsko-litewskim, jak jednak stwierdzili goście, nie trzeba wcale dwóch narodowości, by powstały konflikty – można się „tłamsić we własnej bandzie”. I choć opowieści o tej małomiasteczkowej rzeczywistości brzmiały bardzo zabawnie i rozbrajająco, miały w gruncie rzeczy smutny wydźwięk – pokazywały bardzo silne podziały w tych lokalnych społecznościach oraz niechęć do obcych. Sympatię budzi za to wielka duma mieszkańców małych miast z miejsca, w którym żyją. „Jak wytrzymujesz w tej Warszawie?” – pytali oni często reporterów.

Choć projekt stworzenia i wydania zbioru był dużym wyzwaniem, dzięki entuzjazmowi młodych autorów udało się go zrealizować. Mało tego – udało im się nawet pozyskać sponsora, firmę Orange. Jak mówią, ten sukces to przede wszystkim zasługa tego, że w trakcie zbierania materiałów i pisania swoich tekstów wzajemnie się nakręcali, chwaląc swoje pomysły i pozytywnie zazdroszcząc sobie bohaterów. Szczygieł podkreślił przy tej okazji, jak stymulująca dla reportera jest praca w większej grupie, na przykład w redakcji. „Freelancerzy mają trudniej”.

Osoby, które zainteresowały opowiadane historie, mogły zabrać ze sobą do domu egzemplarz Świateł małych miast. Książki oczywiście rozeszły się jak ciepłe bułeczki :).

Na zakończenie dnia wzięłam jeszcze udział w wydarzeniu „Świat po katastrofie. Spotkanie z Hugh Howeyem”. Howey, amerykański twórca literatury science fiction i postapo, komentował naszą dzisiejszą rzeczywistość społeczno-polityczną, mówił o wszechobecnej agresji i tłumaczył, dlaczego jako obywatel Stanów Zjednoczonych, kraju, który nigdy nie doświadczył ustroju totalitarnego, pisze o tego typu systemie w swoich książkach.

Autor zwrócił uwagę na to, jak trudna jest w dzisiejszych czasach rozmowa o równości – natychmiast pada hasło „komunizm”, a to prowokuje powszechną wściekłość. Gniew to duży problem dzisiejszego społeczeństwa; choć napędza zmiany, prowadzi do nieprzemyślanych rewolucji, których przywódcy nie mają pomysłu, czym zastąpić pogrzebany system. Tak stało się m.in. na Kubie.

Mowa była również o nowoczesnych technologiach, które Howey, w odróżnieniu od innych twórców literatury s-f, traktuje z dużą ostrożnością. Sam jest zafascynowany społecznością amiszów, na temat których wraz z prowadzącym Grzegorzem Jankowiczem trochę się spierali. Gość podkreślał, że młodzi amisze mają wybór – po ukończeniu 18. roku życia na rok wyprawiani są „w świat”, by zobaczyć, jak wygląda życie poza ich społecznością, a mimo to większość wraca. Prowadzący odparł, że to jednak kwestia tego, jak zostali wytrenowani – by bać się świata zewnętrznego.

Na pytanie, dlaczego mimo drastycznych doświadczeń XX wieku ludzie nadal tak łatwo ulegają ideologiom i poddają się indoktrynacji, pisarz odpowiedział, że ludzie ignorują naukę, jaka płynie z historii. Dzieci nie mają pojęcia, przez co przeszli ich rodzice, nie chcą ich słuchać; by się przekonać, muszą sami popełnić te same błędy. Autor ubolewał nad tym, że mimo wszystkiego tego, co przeszliśmy, żyjemy wciąż w czasach, gdy potrzebne są wojska. Środki wydawane na zbrojenia moglibyśmy równie dobrze przeznaczyć na rozwój nauki, na odkrywanie kosmosu, tymczasem tracimy czas i pieniądze na bezsensowne walki.

Jak poradzić sobie z konfliktami? Howey przekonywał m.in., że w amerykańskim rządzie powinno być dużo więcej kobiet – optował za 50%. W ten sposób udałoby się zmniejszyć polityczną agresję. Obecnie jeśli nawet widzimy kobiety na najwyższych szczeblach, są to często kobiety tak samo agresywne jak mężczyźni, upodabniające się do nich; brakuje im kobiecej wrażliwości. Rozmowa zahaczyła o aferę Weinsteina; Howey mówił o milczeniu molestowanych kobiet, o strachu, że ich życie zostanie zniszczone, a mężczyźnie wszystko ujdzie na sucho. Podkreślił, że nie wolno bagatelizować wyrządzonej im krzywdy – dla wielu osób życie z poczuciem ośmieszenia i upokorzenia jest gorsze niż śmierć.

Czy wobec tego żyjemy w wyjątkowo złych czasach? Dlaczego książki s-f rysują tak przygnębiającą wizję świata? Pisarz stwierdził, że nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać – dawniej, w prymitywnych plemionach, połowa ludności ginęła w morderstwach. Choć tyle mówi się o zagrożeniach ze strony terrorystów, większe jest prawdopodobieństwo śmierci w wypadku samochodowym niż w ataku terrorystycznym. Mniejszości, owszem, bywają traktowane źle, ale przynajmniej nie są już dziś niewolnikami, podludźmi. Dzisiejsze science fiction musi natomiast wstrząsać, aby pokazać ludziom pewne problemy, ostrzec ich.

Na pytanie, dlaczego literatura postapo jest dziś tak popularna, Howey odparł, że to po prostu współczesny wariant od zawsze cieszących się zainteresowaniem historii typu „zagubieni w lesie” – o poszukiwaniu drogi do domu. Podobne opowieści snuto od zarania dziejów, można je odnaleźć także w twórczości Szekspira, w tradycji amerykańskiej natomiast – choćby w westernach. Dziś wątek ten podejmuje właśnie s-f i postapo.

Zapytany o dodatkowe sposoby na rozwiązanie międzyludzkich konfliktów i stworzenie kultury dialogu autor przekonywał, że musimy wyjść z naszych małych grupek, w których okopujemy się, zamykamy się na innych, traktując ich jak wrogów. Musimy też położyć nacisk na edukację – w szkole potrzebna jest przystępnie wykładana filozofia – oraz sami lepiej poznać siebie, zrozumieć swoje emocje i reakcje. Być może wtedy uda się, przynajmniej częściowo, rozwiązać problemy, z którymi boryka się dziś świat.

Optymistyczną nutą kończę relację numer dwa. Wkrótce – część trzecia, czyli wydarzenia sobotnie i niedzielne. W piątek nie było mnie na festiwalu, ponieważ dzień spędziłam z przemiłym gościem z Czech, Ivanem Binarem. Relacja ze spotkań z nim ukaże się (prawdopodobnie) w osobnym poście :).

piątek, 27 października 2017

„Kuchenne rewolucje”, agenci i mięso – Festiwal Conrada 2017, dzień 1. i 2.

Październikowe literackie święto już się rozpoczęło! Tegorocznej jego edycji przyświeca hasło Niepokój, i niepokoju – w różnych formach – jak na razie w festiwalowych rozmowach rzeczywiście sporo. Zapraszam na relację z pierwszych dwóch dni tegorocznego Conrad Festival!

Tydzień rozpoczął się dla mnie znakomicie, bo doskonałym spotkaniem „Serce ciemności. Dukaj | Heydel | Świerkocki | Pindel”. Jacek Dukaj oraz doświadczeni tłumacze Magda Heydel i Maciej Świerkocki rozmawiali o Sercu ciemności – nowej, spolszczonej wersji Jądra ciemności, popełnionej przez Dukaja.

Pisarz zdradził, że pierwsza lektura dzieła Conrada była dla niego wielkim rozczarowaniem z powodu „sączącego się z niego styropianu językowego”. Kiedy jednak kilka lat później trafił na wersję angielską, zachwycił się utworem, doszedł więc do wniosku, że problemem jest polski przekład. Zafascynowany sposobem, w jaki oryginalny tekst oddziałuje na czytelnika, postanowił stworzyć dzieło w języku polskim, które nie byłoby zwykłym przekładem utworu Conrada, ale na poziomie wrażeń działałoby na czytelnika w analogiczny sposób – „robiłoby mu z mózgiem” coś podobnego, co oryginał. Nacisk kładł nie na wierne odwzorowanie tekstu, ale na intencje autora. Już na samym początku rozmowy zastrzegł jednak, że to rzecz bardzo arbitralna, nikt bowiem nie jest w stanie stwierdzić, czy intencje Conrada rzeczywiście były takie a nie inne.

Zaproszeni tłumacze przyznali zgodnie, że projekt Dukaja jest bardzo ciekawy, a Świerkocki przyznał, że jako tłumacza też często korci go, aby wyjść tak odważnie poza ramy oryginalnego tekstu. Magda Heydel spierała się jednak z autorem w kwestii celowości przedsięwzięcia. Tekst bowiem to dla niej przestrzeń przeżycia, zakodowanego w języku, nie ma więc potrzeby tak odważnych zmian. Uczestnicy spotkania mogli wyrobić sobie zdanie na ten temat, słuchając czytanego na głos tego samego fragmentu utworu Conrada w przekładzie Heydel i w wersji Dukaja. (Jeśli o mnie chodzi – wydaje mi się, że obydwa teksty robią podobnie duże wrażenie).

Maciej Świerkocki – który tak długo pozostawał w cieniu sporu Heydel-Dukaj, że tłumaczka w końcu poprosiła prowadzącego Tomasza Pindla, aby zadał mu jakieś pytanie :) – krótko przeanalizował fragment w wydaniu Dukaja. Orzekł, że jego zdaniem tekst Magdy Heydel jest czytelniejszy, ale wskazał kilka pięknych językowo rzeczy, które pojawiają się u Dukaja. Wskazał też również te, które go nie przekonały, jak określenie „Budda minus kwiat lotosu” („...a dzieci plus zapałki równa się pożar”) :).

Uczestnicy dyskutowali też o tym, jaki jest „język conradowski”, gdzie leży granica między przekładem a adaptacją oraz czy ma znaczenie, kto jest narratorem naszej opowieści. Gdy Dukaj zaczął zagłębiać się w istotę swojego działania, Magda Heydel skwitowała, że kiedy go słucha, ma niepokojące wrażenie, że jego eksperyment prowadzi do tego, by zlikwidować literaturę. Świerkocki nie zgodził się z tym i optował, by zakończyć spotkanie optymistyczną konkluzją – to nie koniec, a nowy początek literatury.

Zaraz potem w Pałacu Czeczotki zagościła Dorota Masłowska – rozpoczęło się wydarzenie „Polska śmieciowa. Spotkanie z Dorotą Masłowską”. Rozmowa dotyczyła przede wszystkim wydanego niedawno w formie książkowej zbioru felietonów Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu, a w roli prowadzącej wystąpiła Zofia Król, redaktor naczelna Dwutygodnika, na łamach którego pierwotnie ukazywały się felietony Masłowskiej.

O czym była mowa? M.in. o papce telewizyjnej, z którą Masłowska w ostatnim czasie intensywniej obcowała, jeżdżąc po Polsce w ramach promocji książki i korzystając z hotelowych telewizorów :). Komedie romantyczne, wydział kryminalny, reportaże o zbrodniach i disco polo – tak to ponoć w skrócie wygląda. Autorka wzięła pod lupę takie telewizyjnie hity jak Kuchenne rewolucje, Pierwsza randka i Azja Express :). Jak stwierdziła, programy te skrywają ogromne pokłady wiedzy o naszym społeczeństwie, „nawet jeśli od oglądania ich można się nabawić uszkodzenia mózgu” :). A skoro już mowa o polskim społeczeństwie – pisarka, odnosząc się w dalszym ciągu do tematu spotkania, stwierdziła, że nie rozumie naszej tendencji do śmiecenia, przy całym naszym uwielbieniu do piękna naszego kraju, czystych lasów, łąk i bocianów, które z taką mocą eksponowane są w reklamach piwa :).

Wątek obaw i niepokoju pojawił się i w tej rozmowie. Masłowska przyznała się do strachu przed tym, że przejmie podświadomie język głupich programów i disco polo. Niepokoi ją też to, co dzieje się z naszą świadomością, kiedy oglądamy seriale. Sama zaobserwowała u siebie, że ma wówczas poczucie że żyje i coś robi, tymczasem nie robi nic – leży na łóżku i gapi się na serial. „Przez to może przestać istnieć cywilizacja”.

Zwieńczeniem wieczoru było wydarzenie „Beksińscy na podsłuchu. Borchardt | Grzebałkowska | Łęcka | Piotrowska” na temat rodziny Beksińskich oraz najnowszych dzieł filmowych im poświęconych – Beksińscy. Album wideofoniczny Marcina Borchardta oraz Pars pro toto Katarzyny Łęckiej. W dyskusji uczestniczyła również Magdalena Grzebałkowska, której książka Beksińscy. Portret podwójny rozbudziła właściwie tak wielkie dziś zainteresowanie tą niezwykłą rodziną w Polsce.

Czy dystans był ważny przy opowiadaniu o Beksińskich? – pytała na wstępie Anita Piotrowska. Wszyscy goście zgodnie odpowiedzieli, że zasadniczy, ponieważ nadmiar emocji wykoślawiłby ich dzieła, mógłby sprawić, że zamiast rzetelnych obrazów powstałyby hagiografie. Grzebałkowska stwierdziła, że swoich bohaterów bardzo polubiła, ale jak odległych, na dłuższą metę denerwujących krewnych.

Do którego z członków rodziny jest im najbliżej? – drążyła prowadząca. Grzebałkowska nawiązała do jednego ze swoich spotkań autorskich, na którym prowadzący Mariusz Szczygieł zapytał ją, za którego Beksińskiego wolałaby wyjść za mąż, za ojca czy za syna. Bez wahania odpowiedziała, że za Zdzisia, bo to „sympatyczniak” i bardzo kochał swoją żonę. Tomkowi współczuła. Również pozostali goście najsilniejszą więź czuli ze Zdzisławem Beksińskim.

Nie dało się uniknąć wzmianek na temat głośnego filmu Ostatnia rodzina Jana Matuszczyńskiego. Goście w sposób powściągliwy, ale jednak krytykowali obraz ze względu na podkoloryzowanie niektórych postaci i wątków. Jak zauważyła Łęcka, zaprezentowana przed filmem uwaga „Historia oparta na faktach” to duża odpowiedzialność, sprawia bowiem, że ludzie zaczynają wierzyć w to, co widzą na ekranie. Wielu z nich, dodał Borchardt, nie widzi różnicy między filmem fabularnym a dokumentalnym, co jest niepokojące. Tymczasem Ostatnią rodzinę trudno traktować inaczej niż fikcję fabularną.

Drugi dzień festiwalu rozpoczęłam spotkaniem „Gdy pisarz nie jest najważniejszy. O agentach pisarzy”, w ramach którego Marcin Wilk rozmawiał z profesjonalnymi agentami literackimi – Magdaleną Dębowską i Marcinem Biegajem. Goście zdradzali tajniki pracy tej wciąż trochę tajemniczej w Polsce postaci, jaką jest literacki agent.

W odróżnieniu od autorów z Zachodu, polscy pisarze rzadko korzystają z usług agentów – nawet ci topowi. Z jednej strony jest to spowodowane zbyt jeszcze niskimi obrotami na polskim rynku książki (większości autorów zwyczajnie nie stać na to, by oddać sporą część tego, co zarobią, agentowi), z drugiej – zbyt małą świadomością. Pisarze nie wybiegają myślami w przyszłość, nie myślą za wiele o własnym wizerunku, sami też załatwiają wszelkie sprawy formalne związane z wydawaniem książek, i często na tym tracą. Tymczasem nawet najlepszy specjalista z wydawnictwa nie zastąpi agenta, który zawsze bezwzględnie staje po stronie autora, podczas gdy interesy wydawnictwa i autora bywają rozbieżne.

Magda Dębowska (jedna z właścicielek wydawnictwa Karakter) podzieliła się swoimi doświadczeniami z podwójnej perspektywy – zarówno agentki, jak i wydawcy. Przyznała, że wydawca czuje dużo większy respekt rozmawiając z agentem, niż prowadząc rozmowy bezpośrednio z autorem.

Jak wygląda sama praca agenta? Wielu z nich współpracuje z autorem już na etapie pracy redakcyjnej nad tekstem; kiedy tekst jest gotowy, agent szuka dla niego wydawcy – zwykle na rodzimym rynku, ale możliwa jest też sprzedaż od razu na rynek zagraniczny. Na znalezieniu wydawcy praca agenta jednak się nie kończy, tak naprawdę dopiero wtedy się zaczyna. To agent ustala z wydawnictwem kształt umowy, negocjuje najlepsze warunki, przez cały czas odpowiada za kontakt z wydawcą. Później zajmuje się również rozliczeniami. Jak przekonywała Dębowska, jest to bardzo mrówcza, żmudna praca, której pisarze bez agenta poświęcają minimum uwagi – co jest naturalne, mają się w końcu skupiać na pisaniu, ale przez to sporo tracą.

Prowadzący Marcin Wilk dociekał również, jak wyglądają relacje między autorem a agentem – czy są bardziej rodzinne, przyjacielskie, czy można do agenta dzwonić w środku nocy, żeby się wypłakać? :) Bardzo różnie – zdarzają się, owszem, tak zażyłe relacje, ale zwykle, zwłaszcza w dużych, profesjonalnych agencjach, nie ma na nie miejsca.

Poruszona została także kwestia, która zwykle interesuje ludzi najbardziej – pieniądze. Ile zarabia agent? Wszystko zależy od sytuacji, padła jednak liczba 10%, czyli 1/10 obrotów brutto związanych ze sprzedażą książki.

Konkluzja na koniec spotkania? W Polsce wciąż jeszcze zbyt mało ludzi rozumie, jak potrzebna jest osoba agenta literackiego. Przez wydawców najczęściej traktowany jest jak wróg, przez autorów zaś – jak kosztowna ekstrawagancja.

Po rozmowie o agentach powędrowałam do Pałacu Czeczotki na „Czy reporter może być zagniewany? Spotkanie z Maciejem Zarembą Bielawskim”. Polski reporter od lat żyjący w Szwecji mówił m.in. o publicystyce papierowej w dobie internetu, o błędach popełnianych przez reporterów, o polskiej szkole reportażu i obecnej sytuacji politycznej w Polsce.

Rozpoczął refleksją, że brak rzetelności i anonimowość internetu sprawia paradoksalnie, że publicystyka papierowa zyskuje na nowo na znaczeniu. Dobry reportaż zdefiniował w bardzo zwięzły, trafny sposób – musi uwodzić, ale nie zwodzić. Dlatego też nie ma nic przeciwko stosowaniu form typowo literackich w literaturze faktu, a także przeciwko wchodzeniu w głowy bohaterów, opisywaniu rozmów, których nie było się świadkiem – pod warunkiem jednak, że się do tego przyznamy; niedopuszczalne jest za to koloryzowanie i wprowadzanie czytelników w błąd.

Bielawski ma bardzo dużo wyrozumiałości dla młodych reporterów i czuł się w odpowiedzialności stanąć w ich obronie. Apelował, by szanować ich pracę, ponieważ jest bardzo trudna, oraz by przymykać oko na sporadyczne błędy i wpadki, które zdarzają się każdemu.

Jeśli chodzi o polską literaturę faktu, stwierdził, że jest w niej dużo manieryzmu, ale to „manieryzm epigonów”, który jest seksowny :). Dzięki temu te książki dobrze się czyta. Błędem młodych autorów są jednak próby imitowania temperamentu czołowych polskich reportażystów, tymczasem „nie da się być drugim Szczygłem, Baderem czy Tochmanem”. Sam podtrzymuje stwierdzenie z wywiadu sprzed kilku lat, że nie identyfikuje się z polskim reportażem, ponieważ to zupełnie inne teksty, niż pisze on. Polska szkoła reportażu kładzie nacisk na jednego, wyrazistego bohatera, u niego zaś tego nie ma. „Nie potrafię tak ładnie pisać” – stwierdził rozbrajająco.

Co do dzisiejszych przemian politycznych w Polsce – ponoć w Szwecji nie poświęca się im za wiele uwagi (większe obawy budzi to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych i Trump na czele państwa), jeśli jednak już, to przyjmuje się je ze zdziwieniem. Zdziwieniem, że Polska, która z takim zaangażowaniem walczyła o wolność za czasów Solidarności, wydaje się teraz z własnej woli tę wolność oddawać.

Ostatnim spotkaniem dnia była rozmowa z Olgą Tokarczuk wokół jej książki Prowadź swój pług przez kości umarłych oraz jej ekranizacji, Pokotu w reżyserii Agnieszki Holland („Kości umarłych. Spotkanie z Olgą Tokarczuk”). Wydarzenie literacko-filmowe nieoczekiwanie zamieniło się w dyskusję o ekologii, wegetarianizmie, mięsie i jego przyszłości, co nie do końca mi się podobało – ale, gwoli sprawiedliwości, stało się tak raczej za sprawą pytań publiczności niż prowadzącego czy samej pisarki.

Tokarczuk opowiedziała o tym, jak powstała wspomniana książka. Wszystko zaczęło się od tego, że jej sąsiadce zginęły ukochane psy. Wyobraźnia zaczęła pracować, pojawił się scenariusz z polowaniem, i tak zrodziła się cała historia, której główna bohaterka, Janina Duszejko, wzorowana była na nieżyjącej już dziś sąsiadce. Cała powieść powstała dosyć spontanicznie, w czasie sześciu miesięcy zagranicznego stypendium.

Dla autorki była to ważna książka – jak wyznaje, po raz pierwszy przydarzyło jej się, że po postawieniu ostatniej kropki rozpłakała się. Wiedziała jednak, że główna bohaterka jest dosyć dziwna, że dla wielu czytelników będzie odrzucająca, a historia wzbudzi kontrowersje. Prowadzący Michał Olszewski wskazał na podobieństwo do innej kontrowersyjnej literackiej postaci – Elizabeth Costello z powieści Coetzeego. Tokarczuk przyznała, że to trafny trop – książka Coetzeego zrobiła na niej duże wrażenie, a obydwie bohaterki to podobny typ starszej kobiety, zajmującej się ekologią i zwierzętami, ignorowanej przez społeczeństwo („stara wariatka”).

Kilka słów autorka poświęciła współpracy z Agnieszką Holland nad scenariuszem do filmu. Przyznaje, że podeszła do tego trochę naiwnie – ponieważ wiele osób mówiło jej, że Pług to niemal gotowy scenariusz, jej pierwsza wersja scenariusza bardzo silnie trzymała się literackiej wersji. Tymczasem film, jak zupełnie inne medium, wymaga opowiedzenia historii innymi środkami.

Zapytana o to, jak wybiera tematy swoich książek, odpowiedziała, że trudno mówić o „wybieraniu” – pisze po prostu o tym, co budzi w niej silne emocje, i gdyby spóźniła się z tematem polowań, prawdopodobnie napisałaby teraz książkę o przemysłowym chowie zwierząt, który jest skandalicznym zjawiskiem. Samo jedzenie mięsa określiła jako „okrutny luksus”, zaś wegetarian – jako ludzi religijnych (zgodnie z definicją religijności jako systemu samoograniczeń). Wyraziła również nadzieję, że w toku zmian, jakim w ostatnich latach podlega nasza wiara i nasza religijność, więcej uwagi poświęci się światu zwierząt i roślin.

Wątek mięsa zabrnął jednak w pewnym momencie w bardzo dziwne rejony… Ktoś z publiczności ciekaw był, co autorka sądzi o mięsie syntetycznym. Odpowiedziała, że nie może się go już doczekać i że jej zdaniem to rozwiązanie zupełnie fair, po czym roztoczyła wizję przyszłości, w której każdy ma w domu, trochę jak dziś mikrofalówkę, urządzenie do namnażania komórek, kupuje sobie te komórki w supermarkecie i w ciągu kilku dni wyhodowuje sobie piękny kawałek mięsa. A najlepiej by było, dodała, żeby można było wykorzystać własne komórki – dostalibyśmy pożywny, immunologicznie zgodny pokarm… ;).

Bardzo ładnie za to mówiła o ogrodach – że owszem, ma swój, ale mimo wszystko ogrody wydają jej się czymś sztucznym i nienaturalnym, odgradzane od dzikiej natury za płotem… Dodała też, że po tym, jak musiała otoczyć swój ogród siatką dla ochrony przed dzikami, dużo bardziej szanuje ten świat „po drugiej stronie siatki”. Podobała mi się też wizja nastoletniego człowieka jako ogromnego, rozgałęzionego drzewa (tyle marzeń, tyle możliwości!), które z czasem uświadamia sobie, że jest raczej drzewkiem bonsai :) oraz wizja pisarzy, podsunięta pisarce kiedyś przez Korę, jako małych bodhisattwów – pomagających ludziom zrozumieć świat i siebie.

W temacie zemsty – autorka wyznała, że niektóre reakcje na Pokot bardzo ją zaniepokoiły. Zarówno w książce, jak i filmie nie chodziło oczywiście o to, aby pokazać jakieś wzorce zachowań, by nawoływać do drastycznych rozwiązań. To trochę historia jak ze starego westernu, gdzie kibicujemy bohaterowi mszczącemu się za spalenie jego domu i zamordowanie rodziny, mimo że to, co robi, nie likwiduje cierpienia, ale jeszcze je pomnaża. W literaturze i filmie motyw zemsty jest w końcu bardzo silny, choć mścicielem jest zwykle mężczyzna lub piękna kobieta, nie staruszka; prezentowanie podobnych historii to sposób na badanie granic świata, ale w żadnym wypadku – pokazywanie, jak należy się zachowywać. Nic bowiem nie usprawiedliwia zbrodni. Silne reakcje na opowiedzianą historię wzbudziły niepokój autorki przede wszystkim dlatego, że nie chciałaby, by literatura przestała być dla niej przestrzenią wolności.

Czy spotkała w życiu dobrych, mądrych, skłonnych do dialogu myśliwych? Tak, odpowiedziała, ale nie ma ich w Pługu, w tej powieści bowiem widzimy wszystko oczyma Janiny Duszejko, która właśnie tak społeczność myśliwych postrzega. Tokarczuk opowiedziała jednak o tym, jak podczas kręcenia filmu chęć współpracy wyraziło lokalne kółko łowieckie (sic!) i o długich, ciekawych rozmowach z jednym z myśliwych. Chętnie dyskutował, nie zamykał się na opinie innych i autorka przyznaje, że często nie potrafiła odpowiedzieć na jego argumenty – a on z kolei na jej. Dziś jednak, przyznała ze smutkiem, po burzy, którą wywołał film, po zaostrzeniu nastrojów, pewnie nie chciałby już z nią rozmawiać. „Zapalił się ogień, zaraz może polać się krew” – stwierdziła, i tym niepokojącym akcentem zakończyło się spotkanie.

I tym akcentem również kończę pierwszą część festiwalowej relacji. W następnej – rozczarowujący dzień trzeci oraz przywracający nadzieję dzień czwarty. Wypatrujcie!

piątek, 20 października 2017

Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem (1): Czeska jesień

Zaczęło się! Jesień w pełni, na drzewach kolorowo, mamy więc ten okres w roku, kiedy na rynku wydawniczym najintensywniej. Osobiście wolę nie śledzić premier, bo moje półki uginają się od książek, które już dawno temu powinnam przeczytać, i z tego też względu nie lubię blogowych zestawień wydawniczych zapowiedzi.

Ale jest jeden wyjątek – literatura czeska.

Pomyślałam więc, że ten „zapowiedziowy” trend mogę po swojemu przetworzyć i wykorzystać. Bo nie znam miejsca, w którym pojawiałyby się zestawienia TYLKO czeskich premier. A wiem, że wśród moich czytelników są osoby, dla których taki czeski newsletter byłby bardzo pomocny. Niniejszym więc otwieram cykl „Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem”. Na dobry początek – krótki przewodniczek, co czeskiego czytać tej jesieni. Świeżutki, na bazie informacji wprost od wydawców!

Niedawno ukazały się:



Tereza Boučková – Rok Koguta 
(przeł. Olga Czernikow, wyd. Afera) 

Premiera jeszcze wakacyjna, ale przeczytałam dopiero niedawno, dorzucam więc do zestawienia. Bardzo osobista opowieść autorki o problemach wychowawczych z adoptowanymi synami. Rzecz kontrowersyjna – osobiście przeżyłam lekki szok, że ktoś potrafi pisać o intymnych sprawach, swoich i własnej rodziny, aż tak otwarcie. Recenzja wkrótce. 



Anna Bolavá – W ciemność 
(przeł. Agata Wróbel, wyd. Książkowe Klimaty) 

Klimatyczna, niepokojąca i bolesna książka z ziołami w tle, w której uwagę czytelnika zawłaszcza nietypowa główna bohaterka. Pod patronatem Literackich Skarbów Świata Całego. Moją recenzję można przeczytać tutaj, zaś tekst o autorce – tu


Miroslav Pech – Uczniowie Cobaina 
(przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Historia pewnego dorastania, dorastania w latach 90., przy dźwiękach Nirvany, w alkoholowo-narkotykowym zamroczeniu. Humor i iskrzące dialogi, podobno – sama zacznę czytać w tym tygodniu!






Zapowiedzi:



Vladimír Macura – Guwernantka
(Guvernantka, przeł. Michał Kunik, wyd. Amaltea) 

Książka, która przenosi czytelnika do Wrocławia i Pragi lat 40. XIX wieku. Opowieść o Františku Ladislavie Čelakovskim, czeskim poecie epoki odrodzenia narodowego, oraz jego drugim małżeństwie, z młodziutką Antonie. W tle: poezja i odrobina XIX-wiecznej historii. 

Premiera: październik/listopad. 

Antonín Bajaja – Nad piękną, modrą Drzewnicą 
(Na krásné modré Dřevnici, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty) 

W tym wypadku przenosimy się do czasów nieco nam bliższych, bo do lat 50. XX wieku, na które przypadło dzieciństwo autora. Wspomnienia przywołuje on w listach do swojej o rok starszej siostry. Mimo szarej komunistycznej scenerii, która towarzyszyła ich dorastaniu, oraz represji, jakim poddana została ich rodzina, Bajaja znajduje w pamięci obrazy pełne barw, zapachów i dźwięków. To chyba będzie bardzo „moja” książka – miło mi więc zdradzić, że będzie to drugi patronat Literackich Skarbów! 

Premiera: listopad. 



Petra Hůlová – Macocha 
(Macocha, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera) 

Bogata w językowe eksperymenty (to w końcu Hůlová! patrz: Plastikowe M3) powieść-monolog. Tym razem narratorką jest pisarka, która od problemów życiowych ucieka w alkohol. Podobno książka-wyzwanie. Podobno żadna lekka lekturka do tramwaju. Podobno bardzo osobista. Nie mogę się doczekać! 

Premiera: koniec listopada. 



Ota Pavel – Puchar od Pana Boga 
(Pohár od Pánaboha, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Kolejny zbiór reportaży sportowych Pavla – ale, jak to u niego, w literackiej, bajkowej odsłonie. Skoro Pavel, musi być pięknie! 



Michal Viewegh – Ekomąż 
(Biomanžel, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Luźna kontynuacja Ekożony, i tym razem opowiedziana z perspektywy douli. Kolejna bardzo osobista (czy to przypadek, czy tak silna jest dziś u czeskich pisarzy potrzeba zwierzeń?), ekshibicjonistyczna wręcz powieść Viewegha. Jest humor, ale jest i dramat, bo pojawiają się tu takie autobiograficzne wątki jak pęknięcie aorty i śmierć kliniczna, których autor doświadczył w grudniu 2012. 



Irena Dousková – Taniec niedźwiedzia 
(Medvědí tanec, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Premiera, z której cieszę się szczególnie, ponieważ do tej powieści przymierzam się od dawna! Autorka przezabawnego Dumnego Bądźżesia napisała tym razem książkę zupełnie inną. O ostatnich miesiącach życia Jaroslava Haška, o atmosferze prowincji, gdzie ten czas spędził i o wielkiej samotności autora nieśmiertelnego Szwejka. To biograficzna opowieść, w której fakty przeplatają się z fikcją. 



M.M. Cabicar – Dítě školkou povinné 
(przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Humorystyczne opowiastki ojca 3-letniej dziewczynki, które wcześniej zrobiły furorę w internecie. Lekka, urocza lektura.








Czesi w Polsce!

A jeśli chodzi o wizyty czeskich pisarzy w Polsce, spotkania, wydarzenia… Październik to oczywiście miesiąc krakowskiego Festiwalu Conrada, którego gościem jest w tym roku również Jan Němec, autor Historii światła. Wraz z węgierskim pisarzem László F. Földényim będzie on debatował na temat melancholii Europy Środkowej. Spotkanie odbędzie się w festiwalową sobotę, 28 października, o godz. 12:00 w Pałacu Czeczotki. Wcześniej Němec spotka się również z czytelnikami we Wrocławiu (wtorek 24 października, Klub Proza, godz. 19:00) oraz w Łodzi (środa 25 października, Dom Literatury, godz. 19:00).

W planach na przyszły tydzień w Krakowie są również spotkania z Ivanem Binarem, autorem Siedmiu rozdziałów z życia Václava Netušila (piątek 27 października, Księgarnia Kawiarnia Podróżnicza Bonobo, godz. 19:00; link do wydarzenia), oraz pewna urocza akcja poświęcona zmarłemu niedawno Petrowi Šabachowi (sobota 28 października, Hospůdka u NÁS, godz. 21:00; link do wydarzenia).

Taką mamy piękną jesień! Jak Wam się podoba?

W cyklu „Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem” będę co kilka miesięcy zestawiała nadchodzące czeskie premiery, a także pisała o ciekawych literackich i nieliterackich wydarzeniach z czeską kulturą w tle. Wszelkie propozycje wydarzeń lub akcji, które mogłabym zaprezentować w cyklu, chętnie przyjmę! Można je przesyłać na adres: lit.skarby.swiata.calego@gmail.com.


Główna ilustracja: Benderish / Foter.com / CC BY-NC-ND
Okładki książek: polskie okładki Roku Koguta, W ciemność, Uczniów Cobaina oraz Pucharu od Pana Boga pochodzą od wydawców. Pozostałe to okładki wydań czeskich, pobrane ze stron wydawców, księgarni internetowej Kosmas lub Miejskiej Biblioteki w Pradze.